Ten wpis zrodził się z kilku tygodni doświadczeń — po obu stronach rekrutacyjnego stołu.
Byłam kandydatką. Byłam rekruterką. I to połączenie dało mi zupełnie nowe spojrzenie.
Zastanawiałam się, jak to właściwie wygląda, gdy ktoś, kto zawodowo zajmuje się rekrutacją… sam jej doświadcza.
Jak to jest stanąć po drugiej stronie — z CV w dłoni, z nadzieją, że tym razem się uda.
No więc sprawdziłam to na własnej skórze.
Rekrutacja – teoria piękna, praktyka bywa różna
Mówi się o employer brandingu, candidate experience, transparentnej komunikacji.
Na LinkedIn pełno jest postów o tym, jak ważny jest „szacunek do kandydata”.
A mimo to – rzeczywistość wciąż potrafi zaskoczyć.
Bo wciąż zdarzają się procesy, w których:
- po wysłaniu aplikacji zapada cisza,
- nie wiadomo, czy ktoś w ogóle przeczytał CV,
- rozmowa trwa o godzinę dłużej niż zapowiadano,
- a na obiecany kontakt „za kilka dni” czekasz… tygodniami.
To momenty, w których zaczynasz się zastanawiać:
czy coś poszło nie tak? czy to o mnie? czy po prostu – nikt nie uznał, że warto napisać jedno zdanie z informacją?
Ale żeby nie było — są też jasne strony
Spotkałam procesy, które mogłabym nazwać modelowymi:
- jasne przedstawienie etapów rekrutacji,
- szczerość i transparentność od pierwszej rozmowy,
- konkretne terminy, które faktycznie były dotrzymywane,
- otwarta rozmowa, a nie przesłuchanie,
- informacja, jak się przygotować — jeszcze zanim zacznie się spotkanie,
- i wreszcie: feedback.
To właśnie on — informacja zwrotna — okazał się dla mnie najcenniejszy.
Feedback, czyli mała rzecz, która zmienia wszystko
Każda wiadomość, nawet krótka, była dla mnie drogowskazem.
Dzięki niej wiedziałam, na czym stoję:
czy przygotować się do kolejnego etapu, czy odpuścić i szukać dalej.
Ale najbardziej doceniłam te odpowiedzi, które mówiły coś więcej niż „dziękujemy za udział”.
Te, w których ktoś napisał:
„Doceniamy Twoje podejście, ale szukamy osoby z większym doświadczeniem w…”.
Albo:
„Twoje CV jest bardzo spójne, ale tym razem wybraliśmy kandydata, który…”.
Takie wiadomości dawały sens.
Pokazywały, że po drugiej stronie naprawdę ktoś zobaczył człowieka, a nie tylko nazwisko w Excelu.
I co ciekawe — często to nie wynik rekrutacji decydował o moim wrażeniu, tylko sposób komunikacji.
Z perspektywy rekruterki — nie zawsze jest łatwo, ale zawsze warto
Prowadzę procesy rekrutacyjne.
Wiem, jak bywa — kilkadziesiąt CV, napięte terminy, równolegle inne projekty.
Nie zawsze da się napisać każdemu spersonalizowaną wiadomość.
Ale zawsze można napisać cokolwiek.
Jedno zdanie:
„Dziękujemy, tym razem nie kontynuujemy procesu.”
To naprawdę wystarczy, by druga strona wiedziała, że jej czas i zaangażowanie zostały zauważone.
A jeśli kandydat zapyta, dlaczego nie przeszedł dalej — odpowiadam.
Czasem krótko, czasem jednym zdaniem o tym, co było mocne, a nad czym warto popracować.
I wiesz co?
Najczęściej dostaję wiadomość zwrotną z podziękowaniem.
Za „ludzkie podejście”.
Za coś, co przecież powinno być standardem.
To trochę miłe. I trochę smutne.
Miłe — bo pokazuje, że ludzie naprawdę to doceniają.
Smutne — bo wciąż traktujemy to jak wyjątek, a nie normę.
Zbyt często słyszę:
„To rzadkość, żeby ktoś w ogóle odpisał.”
„Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam feedback.”
A przecież rekrutacja to nie tylko proces.
To spotkanie dwóch stron — dwóch ludzi, którzy chcą coś razem zbudować.
Nie zawsze się uda, nie zawsze to „dopasowanie idealne”, ale zawsze warto zostawić po sobie dobre wrażenie.
Na koniec — prosta myśl
Kiedy jestem kandydatką — jestem człowiekiem.
Kiedy jestem rekruterką — też jestem człowiekiem.
Po obu stronach jest ktoś, kto czeka.
Na informację, na decyzję, na sygnał, że został zauważony.
Uszanujmy ten czas. I tego człowieka.
Bo rekrutacja naprawdę może być po ludzku.
💭 Życzę sobie — i Tobie — jak najwięcej takich właśnie spotkań.
Nie tylko w rekrutacji. W życiu też. 😊
